Przychodzi baba do lekarza… Z dwójką dzieci

 …To był męczący tydzień, dlatego wcale nie żałuję, że się kończy… Jeszcze w poprzedni czwartek, beztroskie chwile na placu zabaw z Okruszkiem, przerwał telefon ze szkoły. Pani dyrektor poinformowała mnie w słuchawce, że Groszek jest chory, ma chrypę, gorączkę i „astmatyczny” oddech. Zamiast kontynuować wspinaczkę na zjeżdżalnię, pobiegłyśmy do szkoły. W szkole zastałam następujący widok: mój synek siedział w dyrektorskim gabinecie, oddychał chrapliwie, a w ręku trzymał kubek z … czarną kawą. Pani dyrektor, w dobrej wierze, poczęstowała Groszka życiodajnym napojem z kofeiną. Miał poczuć się lepiej. Dla siedmiolatka było to pierwsze w życiu spotkanie z prawdziwą kawą, na dodatek gorzką. Mój „dobrze ułożony” chłopiec pierwszy łyk „małej, czarnej” dyskretnie wypluł w toalecie, a następne przełknął, bo nie śmiał ponownie wychodzić do łazienki. 🙂

Po południu poszliśmy  do przychodni.

Na szczęście to nie była astma ani alergia, jak sugerowano w szkole, tylko – zapalenie krtani.

Zwykłe, ale dla synka uciążliwe. Przez tydzień siedział w domu. Na początku nawet był zadowolony z przymusowego wypoczynku, a jakże! Bez końca bawił się autami, graliśmy też w jego ulubione gry, ale po dwóch dniach – miał dość. Z własnej woli sięgał po książki edukacyjne i rozwiązywał zadania matematyczne, pisał literki w liniaturze… Uatrakcyjniał moją codzienną krzątaninę niekończącymi się pytaniami. „Co ja mam teraz robić? Co ja mam teraz robić?” Powtarzał te zdania jak mantrę chodząc z kąta w kąt i negując wszystkie moje propozycje (zwłaszcza dotyczące sprzątania).

No i oczywiście nie obeszło się bez zarażenia małego człowieka… Okruszek, w ramach solidarności ze starszym bratem, za kilka dni również zaprezentował podobne objawy… Jedynie Iskierka się „wyłamała”, nie dała się wirusowi i codziennie chodziła do szkoły, jak okaz zdrowia.

A my siedzieliśmy w domu w trójkę i z każdym dniem odczuwaliśmy coraz większą tęsknotę za spacerami i codzienną aktywnością na dworze. Groszkowi brakowało jazdy na rowerze i gry w piłkę nożną. Z kolei Okruszek tęsknił za uprawianiem biegów na różne dystanse mające na celu uciekanie mamie oraz za gimnastyką akrobacyjną, czyli wyginaniem całego ciała połączonym z silnymi wymachami kończyn, co w efekcie końcowym uniemożliwia rodzicielce umieszczenie własnego dziecięcia w wózku.

Wczoraj udaliśmy się ponownie do przychodni rodzinnej, by skontrolować stan zdrowia dzieci.

W Holandii wszelkie wizyty odbywają się u lekarzy rodzinnych (tzw. „huisarzt”).

Oto zapis przebiegu naszej wczorajszej wizyty u doktora:

Huisarzt: Dzień dobry! – Podaje rękę.
Ja: Dzień dobry!
Huisarzt: O co chodzi?
Ja: Byłam u państwa tydzień temu, u synka stwierdzono zapalenie krtani, a teraz córka ma podobne objawy.
H: No i … ?
Ja: Chciałam skontrolować, czy płuca i oskrzela są czyste, czy nie jest to nic poważniejszego.

Następuje moment przerwy w rozmowie. Lekarz bada Okruszka. Okruszek broni się rękami i nogami (mniej więcej wygląda to podobnie jak przy wsadzaniu do wózka).
Uff, na szczęście badanie udało się przeprowadzić.
Jeszcze większe uff, wygląda na to, że wszystko w porządku.
Kontynuacja rozmowy.

Ja: Czy mam podać córce jakieś leki na zmniejszenie kaszlu? Czy wystarczy paracetamol?

Po półtorarocznym pobycie w Holandii już wiem, że paracetamol jest tu stawiany na piedestale, jako lek uniwersalny, jedyny słuszny, niezawodny przy każdej jednostce chorobowej oraz dla pacjenta w każdym wieku.

H: Żadnych lekarstw… Organizm sam zwalczy. Paracetamolu też nie trzeba, jedynie jak dziecko silnie gorączkuje, nie może spać i jeść.
Ja: A na spacery może wychodzić? Nie zaraża innych, gdy kaszle?
H: Można wychodzić, jak najbardziej. Nie zaraża. Wszyscy teraz kaszlą. Taka pora roku – tu lekarz też zaniósł się solidnym kaszlem.

Po kilkunastu sekundach przerwy na kaszel, ponawiamy dialog.

Ja: ? ? ? Patrzę zdziwiona.
H: Póki nie ma gorączki i dreszczy, które uniemożliwiają pracę, można pracować.
Ja: A mam jeszcze pytanie o synka. Czy już może wrócić do szkoły czy lepiej by został jeszcze w domu?
H: ? ? ? – tym razem on patrzy zdziwiony – Ty jesteś matką. Ty wiesz lepiej, czy twoje dziecko jest już zdrowe i czy może iść do szkoły. Powtarzam – póki nie ma gorączki i dreszczy, można pracować, można uczyć się. Taki mamy sezon.
Ja: Dobrze. Dziękuję. Do widzenia!
H: Do widzenia! – Uścisk dłoni.

Wieczorem streściłam mężowi przebieg wizyty u doktora.

Igotata uśmiechnął się i spointował: „Będąc w Holandii, można zatęsknić za polską służbą zdrowia”.

I coś w tym jest…

Na szczęście dzieciaki dziś czuły się lepiej. Groszek właściwie już całkiem wyzdrowiał i z radością poszedł w końcu do szkoły.  Natomiast Okruszek zapomniał o bólu gardła, bo poczuł  – niestety jeszcze silniejszy – ból wyrzynających się zębów trzonowych… My, rodzice, okupiliśmy to nieprzespaną nocą i bardzo męczącym dniem…

Ale co tam,  jutro weekend. Uśmiech

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii wiatrakowa codzienność i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Przychodzi baba do lekarza… Z dwójką dzieci

  1. hrabina pisze:

    ale u nas jest bardzo podobnie! nurofen albo calpol – które zawierają paracetamol przecież – to leki nr 1!!!! dzieci są wysyłąne zasmarkane i kaszlące do szkoły, bo to jest ok. jak już pojawia się większa temperatura to od razu antybiotyk ale bez leków osłaniających. sama leczę dzieci w większości czasu, bo na takiej wizycie nic innego się nie dowiem. choć musze przyznać, że nasz lekarz rodzinny jeszcze nam się udał 🙂 reszta to coś na kształt znachorów, niestety. z tym, że już przywykliśmy do tutejszej służby zdrowia, bo nie ma innego wyjścia.

    pozdrawiam

    Polubione przez 1 osoba

  2. Igomama pisze:

    Rzeczywiście, w Irlandii i Holandii podobnie wygląda podejście lekarzy. Paracetamol i jemu podobne leki królują w Europie Zachodniej. Tutaj lekarze bardzo rzadko dają antybiotyk. Robią to tylko w wyjątkowych sytuacjach, ale jak zapiszą antybiotyk, to również bez probiotyków.
    Zdziwiliśmy się z mężem, gdy chcieliśmy kupić kiedyś leki osłonowe „na własną rękę”. Były tylko w jednej aptece w naszym kilkudziesięciotysięcznym mieście. Na dodatek bardzo drogie (kosztowały czterokrotnie więcej niż w Polsce). Pozdrawiam:)

    Lubię to

  3. Tamara Tur pisze:

    Chciałam Cię zaprosić do pewnej zabawy. Zasady w ostatnim wpisie na moim blogu 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  4. Igomama pisze:

    Tamara Tur – dziękuję za nominacje:) W wolniej chwili chętnie wezmę udział w zabawie i odpowiem na Twoje pytania:) Pozdrawiam:)

    Lubię to

  5. Tamara Tur pisze:

    Tak prawdę mówiąc nie wiem co lepsze. Takie podejście, czy nasze polskie przepisywanie antybiotyków na byle infekcję. Oczywiście pod warunkiem, że ten lekarz dziecko prawidłowo zbadał i faktycznie nie ma zmian osłuchowych. Tylko to chodzenie z infekcją to już przegięcie jak dla mnie…

    Polubione przez 1 osoba

  6. Igomama pisze:

    Zgadzam się. Chyba najlepszy, jak zwykle w takich sytuacjach, umiar i zdrowy rozsądek;)

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s