Mój pierwszy dzień w nowym kraju

DSCN0910

Gdy w Klubie Polek na obczyźnie, do którego od jakiegoś czasu mam przyjemność należeć, padła propozycja opisania swojego pierwszego dnia na emigracji, postanowiłam się przyłączyć. W ramach projektu, chętne „klubowiczki” podejmują się opublikowania na swoich blogach postu na zadany temat.
Zaraz, zaraz… Czyżby akcja miała miejsce w marcu?” – pomyślałam i w tym momencie poczułam delikatne łaskotanie w żołądku. Dopadły mnie wspomnienia…
Bo ja przecież właśnie w marcu, a konkretnie 31,  przybyłam do Holandii…
Trzy lata temu….
Pytanie tylko, czy jeszcze pamiętam tamten dzień?
Hmm… A czyż mogłabym go zapomnieć?

Owszem, niektóre fakty i detale zatarły się w mej pamięci, jednak nadal bliskie mi są emocje i uczucia z tamtego niezwykłego czasu.
Dzień 31 marca 2014 r. otworzył kolejny rozdział w moim życiu pod tytułem „Emigracja w Holandii”.
Do naszego nowo wynajętego domu, w wiatrakowym kraju, dotarliśmy wieczorem po długiej podróży samochodem.
Pamiętam, że dzieci biegały po całym domu w tę i z powrotem, z góry na dół, jakby chciały nadrobić godziny przymusowego bezruchu w aucie.

A mną miotały sprzeczne uczucia…
Przez głowę przelewała się lawina myśli, ubrana w znaki zapytania:
„Jak będzie wyglądać nasze tutejsze życie?”,
„Czy uda nam się zadomowić w nowym otoczeniu?”,
„Czy znajdziemy przyjaciół?”,
„Czy dzieci polubią szkołę?”.

DSCN1066

W sercu emocje szalały jak uczniowie pozostawieni na chwilę bez opieki lub jak małe szczeniaki, którym nadmiar energii każe podgryzać kolejne zabawki.
Czegóż tam nie było?
Radość szalała w dzikim tańcu, bo oto – po sześciu miesiącach życia w rozłące – jesteśmy znowu w komplecie…
Ekscytacja stawała na paluszkach jak zwykle złakniona nowych wrażeń.
Strach skrył się w najdalszym zakątku serca i cicho popłakiwał…
A pomiędzy nimi dwaj antypatyczni jegomoście – Złośnik z Gniewkiem – wypluwali słowa skażone jadem: „I po co się na to wszystko zgodziłaś? Źle ci było w Polsce? W twoim stanie powinnaś odpoczywać, leżeć jak królowa i prasować małe ubranka, a nie szwendać się po Europie…”

W odpowiedzi na te ataki mój wielki brzuch zakołysał się i rozbujał.
Acha, zdaje się, że jego lokator również próbował włączyć się do dyskusji!
Atakował, kopał, boksował z wyjątkową energią.

Hej młody, co jest? – zapytałam. – Chcesz wyrazić swoje niezadowolenie z powodu wielogodzinnej podróży? Nie? To nie to? A co w takim razie?
Może pragniesz ogłosić swój protest przeciwko obecnej sytuacji?
Skarżysz się, że na nic nie miałeś wpływu? Masz rację!
To było niedopatrzenie z naszej strony!
Powinniśmy byli również ciebie spytać o zdanie, w jakim kraju chciałbyś się urodzić.
Przecież to już za 5 tygodni…”

Szaleństwo. Po chwilowym kryzysie, spróbowałam się jakoś „ogarnąć”.
Być rozsądną i dorosłą. Odpowiedzialną. W końcu – jak na matkę przystało, no nie?

Na początek starałam się uporządkować chaotyczne myśli.
Panie pesymistki proszę o opuszczenie sali, na sam przód zapraszam koleżanki optymistki! Wasze towarzystwo jest mi dziś szczególnie miłe, ba, niezbędne do istnienia… – gadałam sama do siebie.

Następnie podjęłam próbę zapanowania nad emocjami:
Nie, moi kochani, proszę nie robić takiego bałaganu! Panu Złośnikowi i Gniewkowi już dziękujemy! Ach, i przed wyjściem nie zapomnijcie pozbierać kropli jadu, którymi pochlapaliście podłogę, bo ja nie jestem w stanie tak mocno się schylać.
Mój brzuch na to nie pozwala…

Przez długi czas pocieszałam Strachulka delikatnie głaszcząc go po nastroszonej czuprynie.

A wy – Radości, Miłości, Ekscytacjo – tańczcie we mnie, tańczcie niestrudzenie i w swych pląsach nie ustawajcie… Nawet przez moment!

Po zaprowadzeniu względnego ładu w umyśle i w sercu, mogłam w końcu zająć się uspokojeniem maleństwa. Pochylona przemawiałam czule do brzucha:

Nie gniewaj się, Okruszku. Wynagrodzę Ci trud podróży, stres, nerwy, niepewność. Wszystko ci wynagrodzę, obiecuję! Będzie dobrze, zobaczysz!
Tylko teraz zaśnij, odpocznij po podróży…
Ach i jeszcze mała prośba – niech ci czasem nie przyjdzie do głowy pomysł, by odwiedzić nas przedwcześnie, okej?
To wykluczone, zabronione – zrozumiałeś?
Musisz poczekać jeszcze pięć tygodni.
Zostało nam z tatusiem za dużo spraw do załatwienia. Wiesz, takie tam…
Znalezienie przychodni. Zapisanie się do lekarza, a jeszcze wcześniej zameldowanie się w ratuszu. Załatwienie ubezpieczenia i mnóstwa innych formalności.
I tak nie zrozumiesz. Za mały jesteś. Ja, taka duża, i też tego nie pojmuję.
W każdym razie – potrzebuję twojej pomocy! Musisz ze mną współpracować.
Pamiętaj – żadnych numerów i niespodzianek!
I tak wystarczająco się boję. Za nas oboje…

Mój Strach miał wciąż zmierzwione włosy…
Gładziłam je i gładziłam, lecz ujarzmić ich nie potrafiłam.
“Może zagranicą moje stare sposoby przestają się sprawdzać?
Może w Holandii obowiązują inne metody?”
– mniej więcej tak wyglądały wówczas moje myśli.

Ha! Było też parę innych rzeczy „na rzeczy”…
Ot, na przykład okazało się, że w naszym nowo wynajętym domu nie działa prysznic, a spłuczka w toalecie jest popsuta. Takie kwiatki!
Jednak poza tymi „drobiazgami”, uczciwie muszę Wam wyznać, że Holandia powitała nas szeroko otwartymi ramionami – niczym dobra matka.
Sprezentowała cudowną, prawie letnią pogodę. Zupełnie jak dziś.

DSCN1043

Kwiatów na nasz przyjazd nie pożałowała, a jakże!
Tulipany, hiacynty, żonkile, bratki – wszystko kwitło, pachniało, zachwycało.
I w ogóle panował taki sielski – anielski nastrój.
Widziałam w tym pewien paradoks.
Bo wiecie w moim sercu i umyśle wtenczas kłębiło się i kotłowało.
Toczyły się bitwy na uczucia, rozlewały się powodzie żalu i tęsknoty, wybuchały wulkany różnorodnych emocji, płonęło ognisko niepewności… gdy tymczasem na holenderskiej ulicy panowała totalna cisza i spokój.
Rzeka, zwana życiem, toczyła tutaj swe wody leniwie i beztrosko.
Trzeba Wam wiedzieć, że przyjechałam do Holandii z wielkiego miasta – pełnego gwaru, korków, notorycznego zgiełku i ruchu.
A tu zamiast samochodów wszędzie jeździły rowery.
Nieznajomi przechodnie uśmiechali się i pozdrawiali mnie.
Gęsi człapały po drodze…
„Ot, wsi spokojna, wsi wesoła”.

DSCN1047

Pamiętam, że zaraz po przyjeździe (właśnie tegoż 31 marca) pojechaliśmy z mężem do ratusza w sprawie mojego meldunku.
Pośród wielu imigrantów – stałam i ja, z miną zblazowaną i buńczuczną, jako że ten Gniewek i Złośnik wcale nie chcieli tak szybko wynieść się z mego serca, co to to nie!
Na szczęście urzędniczka szybko dopełniła formalności, po czym uścisnęła moją dłoń ze słowami „Welkom in Nederland!”.

Dobra nasza, jedna rzecz była załatwiona!
Następnie udaliśmy się w kierunku szkoły. Mój bojowniczy nastrój wcale nie mijał.
Gniewko i Złośnik robili swoją robotę nader sumiennie.
Po drodze minęliśmy stado owiec skubiących trawę. Tak, tak…
To nie przejęzyczenie, a zwykły holenderski widok!
Owce w centrum miasta. I gęsi.
Tutaj normalne, a dla mnie – dziewczyny z miasta – szok!
Minęliśmy wełniane owieczki i znaleźliśmy się przed podstawówką, do której miały uczęszczać nasze dzieci. Chcieliśmy porozmawiać z dyrekcją, spytać o plan lekcji i niezbędne rzeczy. Rozejrzeliśmy się dookoła z pytaniem w oczach: „Rety, gdzie jest wejście do budynku?” Bowiem szkoła była zewsząd otoczona kanałami, przez co przypominała fortecę okoloną fosą.
Bunt ustąpił miejsca zdziwieniu: “Tyle wody? To jest bezpieczne?
Te dzieciaki nie powpadają do tych kanałów? Jak to?”

Teraz już wiem, iż holenderska dzieciarnia jest przyzwyczajona do wody od małego.
Kanały w tym kraju są widokiem równie zwyczajnym jak, wspomniane wcześniej, owce i gęsi na ulicy…

Widok i szum wody zrobiły swoje.
Zrelaksowałam się. Chyba Złośnik z Gniewkiem zrobili sobie przerwę na papierosa… Procedury szkolne, o dziwo, również zadziałały błyskawicznie.
Okazało się, że nasze dzieci już od następnego dnia, czyli od 1 kwietnia, zaczną naukę w specjalnej klasie dla obcokrajowców. Faktycznie, nazajutrz pod nasz dom zajechała szkolna taksówka, i bynajmniej nie był to żart primaaprilisowy!

DSCN4197

Tak było już codziennie, przez cały rok, bo właśnie tyle czasu zazwyczaj potrzebuje dziecko, by biegle opanować język niderlandzki. Po roku mały przybysz z innego kraju jest w stanie kontynuować edukację w zwykłej holenderskiej szkole rejonowej (obywa się już bez taksówki Puszczam oczko).

Następnym punktem w naszym harmonogramie dnia 31 marca 2014 r. była – przychodnia. Świeżo zdobyty papier z meldunkiem umożliwił mi zapisanie się na wizytę kontrolną. Widok innych ciężarnych kobiet podziałał na mnie kojąco.
Poznałam położne, które odtąd miały czuwać nad naszym maleństwem.
Wszystko zaczynało się układać… pomijając fakt, że za szybą naszego auta pojawił się świstek papieru z horrendalnie wysokim mandatem za zaparkowanie w nieodpowiednim miejscu. Tak, tak, w tym zatłoczonym kraju, o maleńkiej powierzchni, każdy metr ma wysoką cenę, a bezpłatne parkingi należą do wyjątków…

Dzisiaj z kalendarza znowu mruga do mnie dzień 31.
I ponownie jest marzec.
Tylko rok już inny – 2017…

Z perspektywy czasu, mogę Wam powiedzieć, że trzy lata w Holandii upłynęły nam raczej spokojnie i szczęśliwie. Urodziłam zdrową i piękną córkę, która niebawem skończy trzy lata. Starsze dzieci biegle posługują się językiem niderlandzkim zarówno w mowie jak i w piśmie. Świetnie sobie radzą w rejonowej podstawówce.
I właściwie wszystko jest w porządku, tylko… moje myśli i uczucia ostatnio znowu zaczęły galopować. One chyba już mają taką wiosenną tradycję!
Ze spokojnego stępu przeszły w niespokojny kłus, a teraz to już w ogóle trwa nerwowy galop…
Znak, że coś się dzieje. Znowu coś jest na rzeczy.
Życie nie znosi próżni.
Nieustannie „toczy, toczy swój garb uroczy”…
Tylko – gdzie? Tylko – dokąd?
I jak, żeby było najlepiej?

Ps. Wspomnienia z pierwszego dnia pobytu na emigracji Dziewczyn z Klubu Polek na Obczyźnie znajdziecie w tym miejscu.
Zapraszam Was do lektury tych wyjątkowych historii. Uśmiech

DSCN1057

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii wiatrakowa codzienność i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

25 odpowiedzi na „Mój pierwszy dzień w nowym kraju

  1. KierunekKuba pisze:

    Bardzo wzruszajacy wpis, pieknie potrafisz opisac swoje emocje… 🙂 Obudzilas tez moje wspomnienia sprzed trzynastu lat, kiedy przybylam do Szkocji.
    Pozdrawiam cieplo!

    Polubione przez 1 osoba

    • Igomama pisze:

      Dziękuję za tak ciepłe słowa. Cieszę się, że nasza historia Cię zaciekawiła i obudziła Twoje własne wspomnienia. Domyślam się, że dzieliłyśmy wiele podobnych uczuć – mimo, że u Ciebie Szkocja, u mnie Holandia; u Ciebie 13 lat, u nas zaledwie trzy…
      Chyba zawsze w takiej sytuacji pojawiają się nieco sprzeczne emocje – radość pomieszana z niepewnością, ekscytacja i strach…
      Pozdrawiam:)

      Lubię to

      • Marta Żurawiecka pisze:

        Witam serdecznie! Jak mogłabym się z Panią skontaktować ws. wykorzystania zdjęcia z Pani bloga? Serdecznie pozdrawiam!

        Polubione przez 1 osoba

  2. Matka Puchatka pisze:

    Pięknie napisane. Tyle emocji! W sumie wcale mnie to nie dziwi, ja sama byłabym pewnie przerażona tym wszystkim „nowym”, nieznanym. Bardziej przeraża mnie jednak fakt, że czas tak szybko leci. Nieważne, gdzie jesteś. 🙂

    Pozdrawiam!

    Polubione przez 1 osoba

    • Igomama pisze:

      Dziękuję, Puchatko… Tekst był niejako skazany na emocje, bo dotyczył wielkiej zmiany w moim życiu, otworzył nowy rozdział.
      Data 31 marca, „odkurzyła” dawne emocje i wspomnienia.
      A z tym upływem czasu, masz rację – on nie zna granic i pojęcia przestrzeni. Płynie szybko, co najlepiej widać „po dzieciach”…

      Lubię to

  3. cichosza pisze:

    czas szybko mija gdy wszystko jest spokojne i proste …ciekawe wspomnienia 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  4. matkakarolina pisze:

    Podziwiam za odwagę na przeprowadzkę. Niektórzy ludzie mimo ciężkiej rozłąki nie decydują sie na taki krok jak Wy. Pięknie opisane odczucia

    Polubione przez 1 osoba

    • Igomama pisze:

      Dziękuję, Karolino. Przeprowadzka do innego państwa, w 34 tym tygodniu ciąży, zapewne była wyrazem odwagi, ale też wynikała z desperacji i braku wyjścia.
      Po pierwsze – byłoby mi ciężko samej wychowywać trójkę dzieci (dziadkowie mieszkali 400 km od nas, nie mogli mi pomóc), a po drugie – pierwszy rok życia dziecka jest tak niezwykły, że nie wyobrażałam sobie, aby mąż nie widział dziecka na co dzień.
      To byłaby wielka strata dla obojga.
      Ale wiem, że ludzie mają różne sytuacje życiowe i czasem taki wyjazd całej rodziny nie jest możliwy. Współczuję takim rodzinom, bo życie w rozłące jest bardzo trudne…

      Polubione przez 1 osoba

  5. Pingback: PROJEKT WIOSENNY - PIERWSZY DZIEŃ W MOIM NOWYM KRAJU - Klub Polki na Obczyźnie

    • Igomama pisze:

      Dzięki Olga.
      Fajnie się opowiada takie historie (i słucha) po upływie jakiegoś czasu, na dodatek, gdy wiemy, że wszystko dobrze się skończy, ale póki nie mamy tej pewności, wtedy nie zawsze jest różowo;)

      Lubię to

  6. kalipso pisze:

    Cztery lata temu wyprowadziłam się do innego miejsca. Niby w tym samym kraju, a emocje podobne. Czas mija, emocje opadły, ale ten niepokój z tych pierwszych dni w nowym miejscu nie pozwala o sobie zapomnieć. A dzieci… Dla nich to jest ich miejsce:)

    Polubione przez 1 osoba

    • Igomama pisze:

      Kalipso, zatem doskonale się rozumiemy… Mówisz – cztery lata?
      I nadal gdzieś na dnie serca jest wspomnienie tego niepokoju…?
      Dzieci zdecydowanie łatwiej i szybciej adaptują się do nowych warunków niż dorośli.

      Lubię to

  7. Dziękuję za piękne reminiscencje dotyczące „mojej” Holandii. Dla mnie to bowiem nie Holland lecz Holly Land. Mimo że „dzień dobry” brzmi dla mego ucha fatalnie, a wymowa odpowiedników naszych h – ch – g przyprawia o torsje… No i ta roczna nauka mająca doprowadzić do biegłej „niderlandczyzny” to lekka przesada…
    Pozdrawaim

    Polubione przez 1 osoba

    • Igomama pisze:

      To ja pięknie dziękuję za Twój głos:)
      Holandia jako Holly Land? Świetne skojarzenie, sympatyczna zbieżność dźwiękowa.
      A może nie o zbieżność tu chodzi?
      Fakt faktem – mimo minusów (tych przedstawionych przez Ciebie i pewnie kilku innych) kraj wiatraków może zauroczyć:)
      A co do rezultatów rocznej nauki niderlandzkiego to powiem Ci, że w przypadku dzieci – ta biegłość jest osiągalna. Oczywiście w specjalnej klasie i pod okiem dobrych nauczycieli. My, dorośli, raczej nie mamy szans;)
      Pozdrawiam.

      Lubię to

  8. Igomama pisze:

    Marta Żurawiecka – odpowiedziałam Ci mailowo;)

    Lubię to

  9. Pingback: PROJEKT WIOSENNY Pierwszy dzień w moim kraju - Klub Polki na Obczyźnie

  10. lestravelers pisze:

    Przed nami również pierwszy dzień na emigracji, więc cieszymy się, że natrafiłyśmy na tego posta! Wiemy, że nie będzie łatwo, ale w końcu „ahoj przygodo!” 🙂
    Pozdrawiamy i zapraszamy na bloga,
    LesTravelers

    Polubione przez 1 osoba

    • Igomama pisze:

      Witajcie!
      Tak, początki z reguły nie są łatwe…
      Ale za to ile przygód i emocji przed Wami!
      Taki nowy etap życia, rzeczywiście nie pozostaje nic innego jak tylko zawołać:
      „Ahoj przygodo!”.
      Dziękuję za zaproszenie na bloga, chętnie zajrzę w następnym tygodniu (już po komunii syna, gdy goście wyjadą i życie wtoczy się ponownie na tory codzienności).
      Pozdrawiam:)

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s