„Pokochaj siebie…”

DSCN9533

Walentynki spędziłam w tym roku nietypowo. Nie z mężem i nie w domu…
Popołudnie, czternastego lutego, upłynęło mi w „babskim” gronie, na warsztatach tylko dla kobiet, dla Polek, pod tytułem: „Zakochaj się w sobie”.
Pozwolenie na „wychodne” jest najlepszym prezentem, jaki może ofiarować mąż żonie, która codziennie siedzi w domowych pieleszach z dziećmi. Cóż, w mojej sytuacji już samo wyjście z domu stanowi atrakcję. Natomiast kobiece towarzystwo od zawsze sobie ceniłam i chwaliłam. Lubię się też uczyć i poznawać nowe, interesujące treści.
Czegoż chcieć więcej, by dzień uznać za udany?

A więc… walentynkowe popołudnie właśnie się zaczęło.
Idę piękną wąską uliczką, typową dla starego holenderskiego miasteczka. Podziwiam wystawy. Miśki, kwiaty i serduszka zewsząd atakują zmysł wzroku.
Nie to, żebym miała coś przeciwko. Tylko śmieszy mnie komercja tego święta, miłość przeliczana na kartki i czekoladki, uczucie odmierzane ilością purpurowych róż.
Wkrótce moim oczom ukazuje się cel przechadzki – kameralne bistro, które swym przytulnym wystrojem już od progu zachęca, by wejść do środka i rozgościć się, a następnie poczuć się jak w domu. Jak w domu? Ba, znacznie lepiej!

DSCN9463

Witają mnie dwie wspaniałe dziewczyny: Kasia, pomysłodawczyni warsztatów, i jej „prawa ręka” Olga. Zajmuję miejsce przy stole w gronie uśmiechniętych kobiet, które -tak jak ja – zdecydowały się sprawić sobie samej walentynkowy prezent.
Na stole czekają na nas zeszyty warsztatowe.
Nie, sprostowanie! To nie notatniki, raczej małe dzieła sztuki, odręcznie wykonane przez gospodynię szkolenia. Piękne okładki skrywają bogactwo złotych myśli. Każdy zeszyt jest unikatowy, różnią się barwą i wzornictwem. Wybieram niebieski, mój ulubiony kolor.

Oczekiwanie na pozostałe uczestniczki, stanowi okazję do wzajemnego poznania się; to czas na rozmowę i krótką prezentację. Dziewczyny są niezwykłe, każda ma własną ciekawą historię. Przedsiębiorcze Polki mieszkające na obczyźnie, bizneswomen, matki…

Warsztaty „Pokochaj siebie” zachwyciły mnie, porządnie „potrząsnęły” moją świadomością i unaoczniły potrzebę pracy nad samą sobą.
Nie będę opisywała ich przebiegu. Kasia powiedziała, że potoczyły się swoim torem, bo plan był nieco inny. A dla mnie wszystko przebiegało tak, jak trzeba!
Owszem – uczuciowo i emocjonalnie, ale może w Walentynki nie dałoby rady inaczej?
Może wszystkie serduszka i misiaczki uruchomiły w nas źródła empatii, które przemieniły się w potoki i spłynęły wodospadami łez z naszych oczu?

Myśl przewodnią spotkania zamknęłabym w następującym stwierdzeniu – „Jeśli chcesz coś w życiu osiągnąć, jeśli pragniesz coś w nim zmienić; to zacznij od pokochania siebie”.
Wiem, że z pozoru brzmi to banalnie, ale przeważnie to, co wydaje się najprostsze, w rzeczywistości jest bardzo trudne.

DSCN9465

Człowieka można porównać do drzewa.
O jego sile decydują korzenie i konary. To, czym się karmimy, ma wpływ na wydawane przez nas owoce. Mocne korzenie, solidne podstawy, sprawiają, że gałęzie będą wytrzymałe i byle wiatr ich nie złamie.
Ważny jest pokarm ciała, on daje siłę. Nie darmo się mówi, że „jesteś tym, co jesz”.
Ale równie istotna jest strawa dla naszego ducha, a o tym już często się zapomina. Przykład?
Jeśli wciąż faszerujesz się złymi wieściami, jeśli w twej głowie jątrzą się ponure myśli; jeśli w twoim sercu mieszka zazdrość, złość, gniew, a może i nienawiść; to zatruwasz siebie i innych. Natomiast radość, miłość, dobroć, samoakceptacja dostarczają naszej duszy mnóstwo pozytywnej energii. Ona krąży w przyrodzie i… wraca do nas.
Znacie te powiedzenia?
„Karma wraca” i „dobro rodzi dobro”? No właśnie, to działa na tej samej zasadzie.
Żeby było jaśniej, Olga opowiedziała nam o eksperymencie z wodą i ryżem.
Ugotowała ryż i włożyła do dwóch słoików. Do jednego przemawiała czule, z sympatią, obdarzała go uśmiechami. Natomiast drugi słoik był poddany „mowie nienawiści”.
Efekt doświadczenia zaskakuje, choć może nie powinien.
„Dobry” ryż był czysty, „zły” zaczął pleśnieć…

Jestem trochę jak niewierny Tomasz, postanawiam ten eksperyment wykonać w domu z moją rodziną, by naocznie się przekonać, czy uzyskamy taki sam wynik.

Obok samoakceptacji i miłości tematem przewodnim spotkania były również marzenia. Wszak każdy, każda z nas je ma. Trzeba tylko uwierzyć, że się spełniają.
Z gospodyniami szkolenia, Kasią i Olgą, uwierzyłabym niemal we wszystko. Naprawdę! Taką charyzmę mają te dziewczyny.

Kasia to Wybaczenie.
Historia jej życia pokazuje, że nawet najbardziej nierealne marzenia mogą się spełnić i nic nie jest w stanie temu przeszkodzić. Największą życiową traumę można pokonać.
Więcej, można wyjść z niej zwycięsko i przepracować ją w swoją siłę.
Można wydostać z ciemności nie tylko samą siebie, ale też dodatkowo pomagać innym w leczeniu ich ran. Tak, zdecydowanie Kasia to Wybaczenie.

Natomiast Olga jest Odwagą.
Kiedyś miała wszystko. Młodość, urodę, zdrowie, męża, dom, pieniądze.
Poza jednym: w tym pozornie idealnym obrazku poczuła się jak w klatce.
Zabrakło miejsca dla Jej życia i Jej własnych marzeń.
Miała odwagę zbuntować się. Zostawić spokój, bezpieczeństwo, ciepełko i wyruszyć w świat za głosem swoich marzeń. Tak, dosłownie, wyruszyć w świat!
Dziś jest podróżniczką. Opowiedziała nam o swoich samotnych wyprawach do Indonezji, Mongolii, Rosji, Kambodży…Podziwiałyśmy jej zdjęcia z różnych zakątków świata.
Olga to Odwaga. Nie inaczej!

Dziewczyny rozdały nam wielkie kartki papieru zapowiadając, że nadszedł czas na konfrontację z naszymi marzeniami. Wkrótce biel papieru pokryły osobiste, niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju „mapy marzeń”.
Rysowałyśmy z zapałem i entuzjazmem; niektóre uczestniczki wyznały, że ostatni kontakt z kredkami miały w szkole podstawowej.
Ja jestem mamą, więc niemal codziennie rysuję z najmłodszą córeczką kotki i pieski, ale już dawno spod kredki nie wydobywałam czegoś dla siebie samej.
Voila, nasze mapy marzeń są gotowe!
Uśmiecham się do swoich planów i przedsięwzięć.
Ufam, że gdy je zwizualizowałam i sprowadziłam do rysunkowej postaci, to prędzej się spełnią, zmaterializują…

Niektóre dziewczyny dzielą się swoimi doznaniami w trakcie wykonywania ćwiczeń, inne wolą zachować je tylko dla siebie. Nie ma przymusu.
Najważniejsze, by każda czuła się spokojna i odprężona. I by pozostać sobą, nie próbując się nikomu przypodobać.

Kasia, jak przystało na doskonałą gospodynię, zatroszczyła się nie tylko o strawę duchową, ale też zadbała o pokarm dla ciała. Wyśmienity zresztą!
Krem z dyni z soczewicą, okazał się rozkoszą dla kubków smakowych.
Sałatka z rukoli, suszonych pomidorów i cebulki w towarzystwie grzanek czosnkowych wszystkie dziewczyny wprawiła w dobry nastrój.
A tarta malinowa bez grama cukru okazała się zaiste niebiańskim zwieńczeniem miłego popołudnia!
Żal było się rozstawać.

W ten niezwykły walentynkowy dzień, w uroczym miejscu, w wyjątkowym gronie każda z nas odkryła dla siebie coś ważnego…

Wróciłam do domu szczęśliwa i podekscytowana.
Z mapą marzeń, z oryginalnym zeszytem warsztatowym i z sercem wypełnionym nadzieją na dobre zmiany w mojej własnej życiowej przestrzeni.
Bo niby jest dobrze, ale przecież może być jeszcze lepiej.
A walentynki? W domu czekały na mnie kwiaty i kartki własnoręcznie wykonane przez dzieci.

DSCN9470

I choć nie przykładam wagi do tego święta, nie kupuję miśków i pluszowych serduszek, to pomyślałam sobie, że propagowanie dobra i miłości, samo w sobie nie może być czymś złym. Pamiętacie? Dobroć rodzi dobroć.

Miłość krąży po świecie i w rezultacie wraca do nas.
A jak jeszcze nie wraca, to … trzeba uwierzyć, że kiedyś wróci!
Że jeszcze będzie nam dana.
Ty sam, Ty sama osobiście jej doświadczysz… Uwierz w to, proszę.

Autorka zdjęcia: Justyna Miegon-Bain (c) 2016

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii wiatrakowa codzienność i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „„Pokochaj siebie…”

  1. Ola pisze:

    Oj, sama bym chętnie uczestniczyła w takich warsztatach. Mapa marzeń to wspaniały pomysł. Muszę przyznać, że już od dawna świta podobny w mojej głowie. Mamy taki plan, żeby przerobić garaż na pokój, a konkretnie na takie moje i męża biuro. Będą dwa biurka i nad każdym biurkiem tablica korkowa – tzw. tablica marzeń na której będziemy przypinać nasze marzenia. Na mojej na pewno znajdzie się wiele zdjęć powycinanych z gazet typu National Geographic i wiele map, no i oczywiście marzenie o dyplomie z filologii włoskiej. Właśnie, tak! Chcę rozpocząć kolejne studia. Tak sobie marzę. A wiem, że na tablicy mojego męża będzie motor m.in. To co uda się zrealizować będziemy odpinać, a w to miejsce przypinać nowe marzenia.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Igomama pisze:

    Olu, wspaniały pomysł:) Piękne macie marzenia. Niechaj wszystkie Wam się spełnią!
    Dziękuję, że się nimi podzieliłaś.
    Wiesz, ponoć, marzenia mają to do siebie, że lubią być zwizualizowane, więc inicjatywa z korkową tablicą jest jak najbardziej pożądana. Ja dotychczas uważałam, że marzenia należy schować głęboko na dnie serca, by nikt się o nich nie dowiedział, po prostu „by nie zapeszyć”.
    Nie zdawałam sobie sprawy, że jak tak głęboko „zakopiemy” nasze pragnienia, to one mogą „leżakować” w zakamarkach naszej duszy całymi latami… 😉
    Powodzenia w spełnianiu marzeń:)

    Lubię to

  3. szarabajka pisze:

    Cieszę się, że miałaś taki miły dzień 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s